czwartek, 15 czerwca 2017

What Remains of Edith Finch


Są takie gry, do których opisywania nie potrafię się zabrać. Wszystko to stad, że moje emocje są rozchwiane i nie potrafię ich dobrze ubrać w słowa. Poza tymi oczywistymi emocjami, które pozostawiła po mnie gra (jak nostalgia, smutek i myśli egzystencjalne), jest we mnie również złość. Ogromna złość, że takie gry nie są szerzej reklamowane. Przygoda, która w najmniejszym stopniu nie odstępuje takim tytułom jak Zaginięcie Ethana Cartera (bo nastrojem obie produkcje są do siebie najbardziej zbliżone) nie została przeze mnie zauważona ani prze premierą, ani w jej dniu, ani nawet na miesiąc po niej. Można by to zrzucić na karb małego studia producenckiego Giant Sparrow, które jak dotąd ma na swoim koncie jedynie dwa tytuły (łącznie z What Remains…). Można by się też doczepić, że grę przejdziemy w 2-4 godziny (w zależności czy jesteśmy typem wszędobylskiego lub gnającego przed siebie gracza). Niemniej życzę wszystkim graczom, którzy cenią sobie w rozgrywce coś więcej niż rozrywkę i odskocznie od dnia codziennego, aby zapoznali się z tytułem. Nie pożałujecie.


Gra nie dla idiotów

What Remains of Edith Finch to kolejna przygoda w stylu interaktywnej opowieści, widziana oczyma bohatera. Nie zaskarbi sobie ona serc graczy ceniących emocje, spocone dłonie oraz palpitację serca. Gra jest spokojna, można by rzec nieco flegmatyczna (aczkolwiek bez przesady). W miarę jak pokonujemy kolejne lokacje, odkrywamy pewną historię. Mechanizm już dość utarty jak na dzisiejsze standardy, jednak tytuł udowadnia, że zostało jeszcze wiele historii do opowiedzenia dzięki temu mechanizmowi. I bardzo smacznie się to je. Moim zdaniem mocniej przeżyjemy coś, grając z perspektywy pierwszej osoby, niż np. rozgrywając historię w rzucie izometrycznym. Formuła ta się sprawdza i chwała za to twórcom, że wciąż ja wykorzystują.

Grę zaczynamy przeglądając ten enigmatyczny dziennik

Ostatnią z rodu być

Edith Finch, urodzona w roku 1999 przybywa do swego rodzinnego domu. Domu, gdzie od pokoleń dzieje się coś złego. Nad całą rodziną panuje jakaś nieznana klątwa. Coś, co sprawia, że kolejne osoby nie dożywają wieku średniego, a nawet umierają będąc jeszcze dziećmi. Rzecz dzieje się współcześnie w Waszyngtonie, we wspomnianym domu, który został wybudowany przez Odina Fincha pod koniec XIX. wieku. Edith po śmierci swojej matki dostaje klucz, który zaprowadzi ją do poznania historii wszystkich jej przodków. Pewnego wieczoru kiedy główna bohaterka była jeszcze nastolatką, wraz z matką opuściła dom w szalonych okolicznościach, zostawiając w nim jedynie prababcię – najstarszą z rodu Finchów, a zarazem wdowę po Odinie. Teraz, Edith wraca aby uporać się z przeszłością.

Na szczęście nie zawsze dostaje się taki spadek

Drzwi bez klamek

Wisząca nad Finchami klątwa sprawiła, że z momentem, jak kolejni ich przedstawiciele umierali, drzwo do ich pokojów zostawały na stałe zaplombowane. Tak więc początkowe poruszanie się po domu, gdzie widzimy takie motywy na każdym kroku jest dość swoiste, nawet nieprzyjemne. Kiedy jednak zaczynamy poruszać się tajnymi przejściami, aby dostać się do kolejnych pokoi i odkryć historie śmierci ich właścicieli – wtedy zaczyna się konkretna fabuła. Pomimo, iż trup ściele się gęsto (przeżywać śmierć bohaterów – ich własnymi oczami – będziemy 10 razy) to gra nie jest horrorem, więc nie ma się co bać. Każda śmierć jest po prostu smutna. Historie ludzi załamanych, obłąkanych, mających marzenia i nadzieje, a przede wszystkim śmierć rocznego maleństwa – wszystko to odciśnie ślad na umyśle i w sercu gracza.

Na każdym kroku towarzyszą nam napisy - równolegle z wypowiadanymi kwestiami. Pomagając one też określić, w którą stronę należy się udać

Innowacyjność

Gra ma kilka elementów wyróżniających ją spośród pozostałych. Z pewnością są to elementy interaktywne. Myszką ruszamy dużo: otwierając drzwi, podnosząc coś, przekręcając, a nawet w jednym z przypadków broniąc się… kulą dla niedołężnych. Obrona ta nie będzie miała nic wspólnego z elementami zręcznościowymi, bowiem w grze nie da się umrzeć. Pomijając oczywiście fakt, że każdy z bohaterów i tak umrze w swoim czasie. Innowacyjne było też czytanie komiksu, w którym braliśmy czynny udział, lub ewoluowanie w różne zwierzęta, jak kot, sowa czy rekin podążający za pożywieniem. Pomimo wiec, iż gra jest liniowa, bo po kolei odkrywamy historie naszych przodków, to każda z tych historii jest przedstawiona w inny, wyjątkowy sposób. Za to wielkie ukłony w stronę twórców.

Tuż przed kolejna tragedią

Coś dla ucha i oka

Wcześniej porównałam tytuł z Zaginięciem Ethana Cartera. Tak, nastrojem obie gry są sobie bliskie, jednak graficznie nie ma co się oszukiwać: What Remains… nie popisało się na tle graficznym. Nie to, żeby lokacje były brzydkie. Co to, to nie. Jednak nie zachwycą i nie zawrócą w głowie. Pisząc o detalach, warto też zauważyć, ze po całej posiadłości Finchów porozrzucane są książki. I niestety tekstury tychże książek powielają się na każdym kroku. Nie psuje to zabawy, ale gdyby chociaż tekstur tych zrobiono dwa razy więcej, to otoczenie nie byłoby takie sztuczne. W grze podoba mi się także to, że bohater miał tułów. To znaczy idąc przebierał nogami. Nie cierpię wręcz gier, kiedy patrzę w dół i czuję że jestem jakimś duchem, nie mającym fizycznej powłoki. Odbić w lustrze nie uświadczymy, jednak cień rzucamy – jest dobrze. Soundtrack jest bardzo ładny, spokojny. Kawałki maja charakter i nie są tylko po to, aby coś brzęczało. Za to kolejny duży plus.

Cmentarz zwierząt. Prawie jak u Kinga.

What Remains of Edith Finch to gra przede wszystkim dla miłośników gatunku. Fan gier akcji niekoniecznie może się tu odnaleźć (choć ja sama nie gardzę Battlefieldem i mu podobnymi). Jest to eksploracja pełna emocji i przemyśleń, miejscami nieco surrealistyczna, ale ostatecznie zapadająca w pamięć. Ostatnio tworzy się moim zdaniem za dużo pierwszoosobowych survival horrorów, więc jeśli tak jak ja, macie ich powyżej dziurek od nosa, to spróbujcie uspokoić swe skołatane nerwy przy What Remains of Edith Finch.

Czytając pamiętniki, listy i dokumenty przenosimy się w świat zmarłych

Drzewo genologicznie pokazuje nam poprzez rysunki postaci, z czyją śmiercią już się zaznajomiliśmy
+ pomysł na fabułę
+ udźwiękowienie
+ korpus bohatera
+ innowacyjność
+ budzi emocje

- można było nieco przedłużyć
- brak opcji biegania


8/10

Data premiery: 25.04.2017