wtorek, 15 listopada 2016

Yesterday Origins


Czy chciałbyś być nieśmiertelny? To chyba głupie pytanie. Zapewne większość ludzi (a przynajmniej ci zdrowi na umyśle) z otwartymi ramionami powitaliby dar nieśmiertelności. Jednak dla bohatera gry Yesterday Origins dar ten okazał się być przekleństwem. John ma 500 lat i niezliczoną ilość wcieleń za sobą. Wszystko byłoby nawet fajnie, gdyby te wcielenia pamiętał. Bowiem za każdym razem gdy się odradza, jego wspomnienia ulatują niczym wspomnienia alkoholika po mocno zakrapianej imprezie.





Sequel

Produkcja jest sequelem gry Yesterday z 2012 roku. Śpieszę jednak z wyjaśnieniem, że nie ma potrzeby, aby znać fabułę pierwszej części. Owszem, w nowej produkcji znajdziemy dużo odniesień do poprzedniczki, ale są one bardziej smaczkami dla fanów, niż czymś niezbędnym do przejścia nowej odsłony. Produkcja w kilku momentach tak zakamuflowała treść części pierwszej, że nie jest ona niczym nachalnym. Nie ma tu czegoś á la previously on Yesterday, a mimo to w trakcie grania wszystkie karty zostaną wyłożone na stół. Ale jeśliby porównywać z poprzedniczką, to proszę bardzo: nowa opowieść jest bardziej żywa, głównie za sprawą większej ilości animacji i cut-scenek. Jest też ponad dwa razy dłuższa (zabawimy tu nawet 9 godzin).


Hopsa hopsa, nie patrz w dół!
Hopsa hopsa, nie patrz w dół!

Niebanalna fabuła


John, jak przystało na gościa mającego 500 lat i cykliczną amnezję pośmiertną, skrywa wiele tajemnic. Twórcy wycisnęli z fabuły, jak i z niego samego, maksimum. Historia jest pokręcona, acz zrozumiała. Zaskakuje nas na każdym kroku, a jakby tego było mało, to plot twist na samym końcu to już po prostu… chylę czoła. Jestem z tych, co to często domyślają się, w jakim kierunku pójdzie historia, a tym razem twórcy wpuścili mnie w maliny (zostałam w nich dłużej, bo były smaczne).

Co John Yesterday z Harrym Potterem ma wspólnego?

Jeśli jesteś z tych, co mają uczulenie na Harry’ego pomimo, że nie widzieli na oczy ani jednej książki, nie mówiąc już o ich czytaniu – to jak najprędzej pozbądź się tych uprzedzeń i daj szansę Potterowi. Uwaga – tu spoiler. W jednej z ostatnich części przygód Harry’ego okazuje się, że musi on umrzeć, aby ktoś inny mógł zabić jego wroga – Voldemorta. Kiedy zabito Harry’ego ten odradza się, bo – jak się okazuje – zabito coś znajdującego się w nim, a nie jego samego (na pierwszy rzut… ucha brzmi, jakby pani Rowling paliła zioło i to nie tylko rekreacyjnie, ale to tylko tak brzmi) – koniec spoileru. Zwieńczenie historii Johna Yesterdaya ma w sobie dużo podobieństwa do historii czarodzieja.


Pauline strzeliła focha. Tak, charakterek to ona ma.
Pauline strzeliła focha. Tak, charakterek to ona ma

Co nowego w zagadkach?


Po co komu iść z pistoletem pod prysznic? Po to, żeby pozbyć się zmarszczek. Po więcej porad zapraszamy do Yesterday Origins. Mechanika zagadek w nowej odsłonie się nie zmieniła. Są one przede wszystkim przedmiotowe. Tu coś łączymy, tu coś rozdzielamy –  są nieproste i przy tym bardzo logiczne (no, może prócz tej, gdy trzeba było włożyć kościotrupowi laser do nosa…).

Graczom zaserwowano dodatkowo kilka nowych rozwiązań. Jedno jest podobne do tego z Testamentu Sherlocka Holmesa. Otóż, jako że nie tylko przedmioty skrywają tajemnice, ale i ludzie i inne istoty żyjące, to możemy sobie pooglądać również ich. Możemy poszukać na nich jakichś hot-spotów, by na przykład w efekcie użyć rozżarzonego pręta na świńskim sadle (kciuki w górę dla świńskiego sadła). Gra jest też bardziej detektywistyczna od poprzedniczki. Kolejną nowością jest możliwość kierowania dwoma postaciami na zmianę celem współpracy: Johnem i jego wybranką serca – Pauline. O ile John jest postacią trochę przymuloną i przypomina mi nieco protagonistę z Dead Synchronicity (no-life to mało powiedziane, ale jak się żyje 500 lat to się w sumie wszystkiego może odechcieć), to Pauline jest postacią dużo bardziej interesującą. Ma pazur (żeby nie powiedzieć, że jaja), charakterek i przy okazji nie należy do najbrzydszych. Muszę to napisać – John ma trochę minę, jakby mu coś przez całą grę śmierdziało pod nosem, ale da się lubić.

Wejść głębiej w fabułę

John już od samego początku (czyli jakoś w roku 1644) zyskał przydomek Syna Szatana. Wszystko za sprawą tego, że znał wiele języków, a Święta Inkwizycja interesowała się wówczas wszystkim co inne. Generalnie wszystko co inne było szatańskie, a rude nie miało duszy (chociaż ponoć rude to i do dziś duszy nie ma, dlatego się farbuję, żeby sprawiać lepsze wrażenie). Zamknięto go więc w więzieniu, gdzie z sufitu spada nagle trup, a w rogu chrapie świnia, wobec której podano zarzuty świętokradztwa. Tak zaczyna się gra. Potem przenosimy się na zmianę do współczesnego Paryża i Nowego Jorku oraz na powrót do XVII wiecznej Hiszpanii. Ciekawostką może być to, że w grze odwiedzimy też istniejące w rzeczywistości klimatyczne paryskie katakumby.


Ten po lewo to Boris. Facebook ma u niego priorytet nr 1. Johnowi widać znowu coś śmierdzi pod nosem.
Ten po lewo to Boris. Facebook ma u niego priorytet nr 1. Johnowi widać znowu coś śmierdzi pod nosem.

Nie same wzloty. Mamy też… upadeczek

Momentami podczas grania wyłapywałam kiepsko wykonaną polonizację. Nic wielkiego, bo chodzi tu o zdarzające się co jakiś czas literówki. Trzeba też przyznać, że gra ma w sobie nieco mniej humoru niż poprzedniczka, bo jest bardziej mroczna. Ale jak już pisałam – jest też dwa razy dłuższa. Nie bądźmy więc zbyt wymagający. Nawet ja nie potrafię śmieszkować przez 9 godzin. Najważniejsze, że po raz kolejny w grze pojawi się daleki od zdrowia psychicznego Boris. To on najczęściej wywoływał we mnie radość (a raczej jego urzekający kretynizm).

Yesterday Origins zapowiadało się niepozornie, aby nabrać tempa i nie zwalniać aż do końca. Więcej – finalnie zrobiło takie bum, że mimo pozamykania wszystkich wątków, można by z tego zrobić część kolejną.

Nieczęsto zdarza się, że sequel jest lepszy od poprzedniczki, dlatego bałam się YO. Na szczęście w tym wypadku, zasada została złamana i to właśnie Yesterday Origins będę lepiej wspominać. A w jednym zdaniu: tak oryginalnej historii jeszcze nie było.

9/10

Dziękuję CDP.pl za udostępnienie gry do recenzji