niedziela, 16 października 2016

Decay: the Mare

Zarówno pogoda za oknami jak i sam fakt o zbliżających się Wszystkich Świętych sprzyja indywidualnym rozmyślaniom o istotach zza światów. Nawet ja, osoba która zaczyna się bać na sam jedynie wydźwięk słowa „horror”, przy takiej okazji po horrory sięgam. Zarówno w formie książkowej i filmowej, ale przede wszystkim growej. Nie ukrywam, że próbowałam grać w kilka horrorów i stąd wiem, że moimi ulubionymi są te, w których nie da się umrzeć. Takim horrorem jest Decay: the Mare. Bohater umrzeć co prawda na szczęście nie może, gorzej jednak ma się sprawa samego gracza. Trzykrotnie w grze stanęło mi serce i dostałam skurczu żołądka.



Decay: the Mare ma już prawie dwa lata i mimo to nie zdobyła zbytniej popularności. Po rozgrywce jestem w stanie zrozumieć dlaczego – gra jest krótka, graficznie odstępuje od gier cywilizowanych, a sama mechanika opiera się na statycznych obrazach. Nie każdy to lubi. Ja na pewno nie. Katastroficznie brakowało mi rozglądania się po planszach w 3D, tym bardziej że gramy z perspektywy pierwszej osoby.

Wszystkie te niedoróbki są jednak znakomicie przyćmione atmosferą gry. Decay jest tradycyjnym point’n’clickiem, więc nie lada wyzwaniem dla twórców z Shining Gate Software było sprawić, aby gracz się przestraszył. Najwięcej straszenia miało miejsce poprzez nagłe wyskakiwanie straszydeł. Niby tanie zagranie, ale brak przesytu w tej materii spowodował świetny efekt. Kiedy już byłam dość rozluźniona i skupiałam się na rozwiązywaniu zagadek logicznych, nagle po przejściu do następnej planszy coś przebiegło za oknem, mocno w nie przy tym uderzając (jak zawsze przy takich grach obowiązkowo zalecam słuchawki).

plansze niedopracowane, acz atmosferyczne
Rozdziały są trzy, a historia jest prosta. Sam – narkoman z Ameryki pojawia się w ośrodku na jakimś zadupiu (jak się później okazuje pod Warszawą). Ośrodek ma za zadanie sprawić, aby Sam i inni pacjenci jego sortu odwykli od zażywania substancji odurzających. Sama instytucja jest wielkości bardziej pensjonatu, niż szpitala. Niemniej jest po czym się szlajać. A szlajanie trwa przez trzy noce (trzy epizody) i z początku jest szalenie irytujące. Nie wiem, może to ze względu na to, że tak bardzo brakowało mi możliwości rozglądania się po pokojach, a walczyłam ze statycznymi obrazami. Jednak po kilkunastu minutach zdołałam się przyzwyczaić do takiego sterowania i cieszę się, że dałam grze szansę.


Wędrówki po ośrodku mają miejsce nocami, gdyż są to mary senne Sama (the Mare – koszmar, mara). Amerykanin ma przeczucie, że coś go obserwuje, śledzi i generalnie pragnie zwrócić jego uwagę. Każdy z epizodów dało się przejść w mniej niż godzinę i każdy, choć początkowo wydawało się że opowiada o czym innym, to końcowo trzy historie dobrze się zazębiają. Tak więc mamy postać dziewczyny, którą coś śledzi; postać pianisty, którego zabiła żona (ich syna też nie oszczędziła, miała kobita rozmach) oraz postać mężczyzny, który razem z Samem „leczony” jest w pensjonacie. On także przedstawia nam ciekawą historię jego psychotycznej przeszłości. Trzeba dodać, że gra ma również dwa zakończenia: dobre i złe. Nie są to zakończenia, do których dochodząc potrzebujemy podejmować skomplikowane decyzje. Nic z tych rzecz. Ot jest to jedynie podjęcie ostatniej decyzji na samym końcu gry. Jedno z zakończeń jest też wyjątkowo bardziej potraktowane po macoszemu.

eno, przybij pione, gdzie uciekasz?
Motyw dźwiękowy gry miał charakter i wyróżniał się na tle dziesiątek innych produkcji. Charakter miały również pozostałe utwory. Nie odczułam jakoś dotkliwie, że było ich mało. Choć zapewne było tak dlatego, że sama gra była krótka i kawałki nie zdążyły mi się przejeść. Wracając jeszcze na chwilę do kwestii grafiki: gra została stworzona również na tablety – i to niestety widać. Grając na większym monitorze mamy okropną pikselozę, która nieco odstrasza przy pierwszym podejściu.

Moim zdaniem gra mogłaby zdobyć więcej poklasku, gdyby tylko twórcy mocniej zaangażowali się w kwestię graficzną. Sama atmosfera miejscami kojarzyła mi się nawet z Layers of Fear, więc jest całkiem nieźle. Powtórzę jednak raz jeszcze – pikseloza która kaleczyła oczy dyskwalifikuje Decay: the Mare w kwalifikacji „Gry XXI wieku, na które warto zwrócić uwagę”. Bowiem nie samą atmosferą w grze gracz żyje. Gdyby gra była dłuższa, to właśnie ze względu na niedociągnięcia (ależ eufemizm) graficzne zarzuciłabym granie.

w Decay: the Mare zastaną nas i takie widoki
Na koniec jeszcze jedna rzecz, która dla odmiany zasługuje na pochwałę. Jest to system podpowiedzi, który jak sama nazwa wskazuje – podpowiada – kiedy to już gracz utknie w grze. Muszę przyznać że dość często zmuszona byłam, aby posługiwać się tym ułatwieniem, gdyż od urodzenia cierpię na totalny brak orientacji w terenie, toteż błądziłam po ośrodku wciąż pojawiając się w miejscach, w których przed chwilą byłam. Mordęga (ale jak mówię, to mój wrodzony problem, nie mający nic wspólnego z grą). Dobrze było więc od czasu do czasu kliknąć ze 3 razy podpowiedź, aby ta wskazała mi w które drzwi mam teraz wejść, aby pchnąć fabułę do przodu.  To co ucieszy przygodomaniaków to zagadki. Nie są przekombinowane, ale nie są też za łatwe. I jest ich sporo jak na tak krótką grę. Często musimy też coś zbierać, coś ze sobą łączyć, znajdować jakieś kody. Do zagadek nie mam żadnych zastrzeżeń.

Decay (pl. obumierać) to przygodówka, która niejednokrotnie podniesie ciśnienie, więc możemy zaoszczędzić na kawie. Oszczędność ta jednak się zemści, bo przy tak skopanej grafice będziemy musieli zainwestować w okulary. Decay: the Mare to gra na raz, gra na jeden wręcz wieczór, która niewiele do życia gracza wniesie, prócz tego, że zacznie on wierzyć, że do Polski lepiej ni przyjeżdżać, bo mieszkają tu sami psychole i mordercy. I zastanawiam się tylko, co sprawiło, że Szwedzi, którzy są twórcami gry na miejsce akcji niniejszej przygodówki wybrali właśnie okolice Warszawy. Czyżby jakieś złe wspomnienia?

SPOILER: Jedno z zakończeń
+ fabuła
+ potrafi przyspieszyć akcję serca
+ zagadek choć mało to cieszą

- grafika rodem z piekła, choć wydawałoby się że w przypadku horroru to dobrze
- za krótka (do przejścia maksymalnie w 3 godziny)
- nic specjalnego jej nie wyróżnia

5,5/10


Data premiery: 13.02.1015