poniedziałek, 7 listopada 2016

Call of Duty: Infinite Warfare

Ludzie od zawsze tęsknie patrzyli w gwiazdy. Nic dziwnego, wszyscy przecież powstaliśmy z gwiezdnego pyłu. Kosmos nas fascynuje, ale bezkres nocnego gwieździstego nieba już nieco przeraża. A jednak rodzaj ludzki brnie wciąż do przodu i każdego dnia jesteśmy coraz bliżej tego, aby skolonizować inne planety i księżyce układu słonecznego. W praktyce minie jeszcze wiele dziesięcioleci nim te ambitne plany się spełnią, ale już dziś w ludziach (a w konsumentach zwłaszcza) zasadzane jest pragnienie poznawania wszechświata. Czynią to powieści science fiction, futurystyczne filmy i oczywiście gry wideo, obsadzane często w realiach pozaziemskich.


Znalezione obrazy dla zapytania infinite warfare



Czy przeniesienie w kosmos znanej serii Call of Duty było dobrym posunięciem?
Moim zdaniem jedynym dobrym. Jako fanka serii mogę śmiało solidaryzować się z niepochlebnymi głosami w stronę poprzednich odsłon takich jak Advanced Warfare czy Black Ops III. Dlaczego? Bo co za dużo laserów, dronów i egzoszkieletów to nie zdrowo. Twórcy mogli się pogrążać i brnąć w to dalej lub wprowadzić coś zupełnie innego. Wprowadzili potyczki międzyplanetarne. I to był dobry wybór.


Zgadzam się z oficer Salter w 100%
Zgadzam się z oficer Salter w 100%
Jeszcze lepszym wyborem (choć nie koniecznie marketingowym) byłaby całkowita zmiana nazwy gry, począwszy od Modern Warfare wydanego w roku 2007. No bo o czym myśli gracz, słysząc Call of Duty? Ja myślę wciąż o radzieckiej pepeszy i o desancie w Normandii. I tego wciąż oczekuje sztandarowy fan serii – aby Infinity Ward wciąż opowiadało nam historię największych wojen, jakie ludzkość widziała. Jestem niemal pewna, że gdyby w dobrym momencie oddzielić Call of Duty od futuryzmu, dziś Infinite Warfare (jako oddzielny tytuł) dostałby dużo wyższe noty.

Ale przejdźmy do właściwych rozważań na temat gry. Fabuła ma się tak: zachłanny rodzaj ludzki ograbił ziemię z wszelkich zasobów i wobec tego zapragnął grabić inne planety. W tym celu założono grupę United Nations Space Alliance (UNSA) i zaczęto plądrować kosmos. Wbrew pozorom, UNSA to ci dobrzy. Kapitan Nick Reyes, którym przyjdzie nam kierować, należy do organizacji militarnej, chroniącej UNSA – tj. odwalającej brudną robotę. Tym razem brudną robotą jest kilku gości mieszkających na Marsie, co to uważają się za lepszych od Ziemian. Ich przywódcą jest niezrównoważony facet o twarzy Jona Snowa z Gry o Tron. Facet ten (admirał Kotch) ma swoich ludzi w całym Układzie Słonecznym, a ich wspólną misją jest zniszczyć Ziemian. Fabuła prosta i dobrze, bo nie ma co komplikować. Jest ten dobry, jest ten zły – można grać.

Jon, brachu! To ty? Czyżbyś się zaplątał gdzieś w czasoprzestrzeni?
Jon, brachu! To ty? Czyżbyś się zaplątał gdzieś w czasoprzestrzeni?
A gra się długo, bo przejście wszystkich głównych misji zajęło mi 7 godzin. Do tego dochodzi jednak jeszcze 9 misji pobocznych. Jest co robić. A jak już przejdziemy tryb jednoosobowy, odblokowany zostanie nowy poziom trudności – Weteran. „Aby przetrwać musisz zarządzać swoim zdrowiem i wyposażeniem” – tak gra opisuje nam ten tryb. Z tego co mi wiadomo, w trybie tym zdrowie nie odnowi nam się automatycznie. W praktyce nie sprawdzałam. Boję się, że grając na poziomie Weterana, dostałabym wylewu spowodowanego ubijaniem mnie jak dziką świnię. A nie lubię być ubijana. Chyba nikt nie lubi.

Infinite Warfare to jednak nie tylko ubijanka. W nowej odsłonie miałam wiele skojarzeń z grą Splinter Cell: Blacklist. W Blacklist Sam Fisher unosił się w swoim odrzutowcu, gdzieś nad terytorium Grenlandii, i stamtąd za pomocą mapy świata wybierał misje w kolejnych państwach. W Infinite Warfare Nick Reyes znajduje się na pokładzie kosmicznego lotniskowca desantowego i stamtąd również za pomocą mapy (ale trochę większej, bo mapy Układu Słonecznego) przenosi się w wybrane miejsca walk skokiem w czasoprzestrzeni. Ale skoro napisałam, że CoD to nie tylko ubijanka i nawiązałam do serii Splinter Cell, warto by tę myśl rozwinąć. Mianowicie zdarzą nam się misje do wykonania, które są typowymi skradankami. I bardzo przyjemnie się w takie misje gra.

cod3
Na co Ci Titanfall jak masz takich „kolesi” w drużynie?
Kolejne skojarzenie, jakie wywołała we mnie gra, to tym razem elementy walki żołnierzy w kosmosie rodem z powieści Gra Endera (w ekranizacji zapewne ten element również się znalazł, ale nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć z prostej przyczyny – film nie zrobił na mnie dobrego wrażenia i nie chcę go pamiętać). Bardzo mi się podobała właśnie ta możliwość – chowania się za gruzem kosmicznym – celem ochrony przed pociskami wroga. W ogóle walki w otwartej przestrzeni kosmicznej, czy to jako żołnierz uzbrojony w broń, czy jako pilot pojazdu kosmicznego, są moim ulubionym elementem w nowej odsłonie Call of Duty. Ma się tu niebywałe odczucie otwartej przestrzeni, a walki statków kosmicznych to już zawrót głowy. I ten realizm zero-grawitacji. No cudo! Walki na skutym lodem księżycu Jowisza – Europie, na płynącym metanem księżycu Saturna – Tytanie, walki na płonącej asteroidzie, ale i walki w bliższym nam rejonie, bo na Ziemi. Wszystko to mnie zaczarowało. Kampania jest dopracowana. Na wspomnianej już mapie Układu Słonecznego, możemy zapoznać się z podstawowymi danymi dotyczącymi poszczególnych planet i księżyców. W momencie odkrycia tego faktu, mój wewnętrzny space-freak już całkiem zwariował ze szczęścia.

Nowości, jakie zapowiadali twórcy, moją skromną osobę zjednały sobie całkowicie. Podobało mi się i bieganie po ścianach, i hakowanie wrogich robotów, i walki w zero-grawitacji, a sam kosmos to dla mnie po prostu… kosmos! Ale to, co dotąd w Call of Duty nie występowało (a przynajmniej nie w takich ilościach) to… humor! A wszystko za sprawą doskonałego bohatera jakim jest (ro)bot o imieniu Ethan, cudownie dubbingowany w polskiej wersji przez Jarosława Boberka. Ośmielę się nawet napisać, że w tym przypadku polski dubbing jego osoby bije na głowę oryginalną, amerykańską wersję. Jedna misja, wyjątkowo obfitująca w adrenalinę, gdzie sierżant Omar dachuje pojazdem po długiej i pełnej akcji jeździe, kończy się komentarzem Ethana: „Ładnie pan prowadzi, panie sierżancie.”. Robot Ethan i jego osobowość to prawdziwy strzał w dziesiątkę dla gry. Pod koniec kampanii Ethan porywa i hakuje roboty wroga, aby od teraz służyły naszej drużynie. Nie wyraża się o nich jednak zbyt pochlebnie: „Są głupsi niż myślałem, ale potrafią walczyć.”.

cod4
Takich dwóch, jak nas trzech, to nie ma ani jednego.
Zawsze obawiam się polonizacji gier. Lecz dubbing w IW to jeden z lepszych dubbingów ostatnich lat. Z pewnością duży wpływ na to miała gwiazdorska obsada aktorów użyczających głosów bohaterom. Marcin Dorociński, Łukasz Simlat czy Olga Bołądź nawet na chwilę nie sprawili, że dubbing brzmiał sztucznie. Wszystko zostało dopracowane tak, aby nie psuć rozrywki graczowi. Więcej – wyszło tak, że nie mam się nawet do czego przyczepić (a to rzadkość 😉 ).

Nie, do Battlefielda porównywać nie będę, choć wielu porównuje. Nie zrobię tego, gdyż uważam, że obie te gry to w tym momencie dwa odmienne światy. Jedyne, co je teraz łączy, to zbliżona data premiery. Dla mnie nie ma nawet płaszczyzn, na których mogłabym porównywać Space Operę jaką jest nowy CoD oraz grę o I Wojnie Światowej, jaką jest Battlefield. Owszem, w momencie gdy obie gry oscylowały wokół podobnej tematyki, porównania były wskazane, lecz to już przeszłość.

Płonie ognisko w lesie...
Płonie ognisko w lesie…
Mimo, że z otwartymi rękami przywitałabym nowego, drugowojennego CoDa, to mam na to coraz mniejsze nadzieje. To, co możemy zrobić to zaakceptować fakt, że Infinity Ward zmieniło politykę firmy, a tym samym tematykę CoDów. Ale jeśli odetniemy się od naszych drugowojennych oczekiwań, Infinite Warfare okaże się świetną produkcją, dostarczającą dużego poziomu adrenaliny, oryginalną rozrywkę i dobrze spędzone godziny w najlepszym od wielu lat Single Playerze. Obiecuję.

8/10

Premiera: 04.11.2016

Dziękuję CDP.pl za udostępnienie gry do recenzji