wtorek, 24 maja 2016

The walking dead: Michonne - a Telltale Games mini-series - recenzja

Obrazek

Mimo że fani gier z serii The Walking Dead z niecierpliwością oczekiwali trzeciego sezonu z małą Clementine, to Telltale Games spłatało owym fanom małego figla i wypuściło grę z tej samej serii, jednak z nową bohaterką. A jest nią sama Michonne z komiksu oraz serialu telewizyjnego The Walking Dead. Zapewne miało to być pocieszenie dla tych, co nadal cicho łkali w poduszkę za Clementine. Czy pocieszyło? Mnie niekoniecznie.

Grę zaczynamy, gdy Michonne opowiada, że opuściła wielu ludzi, których kochała. Wielu z nich nie pamięta, dwojga zapomnieć nie potrafi. Sens pierwszych słów będzie stawał się jasny w trakcie rozgrywki, bowiem historia jej dwóch córeczek będzie nam towarzyszyła przez 3 epizody. I dobrze, bo to ciekawe urozmaicenie i ciekawa historia. (Chyba zaciekawiła mnie nawet bardziej niż ta główna).



Kiedy tak nasza bohaterka zmęczyła się już „halunami” i bieganiem za widmami swoich córek, postanawia wpakować sobie kulkę w głowę. Przeszkadza jej w tym jednak przystojniak w dredach, który wyciąga do niej dłoń i tak zaczyna się nasza przygoda na 3 godziny i 20 minut.

Główny wątek całego sezonu oscyluje wokół… ucieczki. Uciekamy z domu, uciekamy z łodzi, uciekamy z promu, uciekamy z miasteczka, uciekamy z innego domu itepe, itede. A w tle oczywiście zombie. Szczerze mówiąc, gdyby przed „Michonne” nie było dwóch sezonów z Clementine, nowa gra byłaby majstersztykiem, bo: od strony wizualnej to majstersztyk – mimika, zbliżenia, „ujęcia”; od strony muzycznej również – muzyka klimatyczna, w odpowiednich momentach budowała napiętą atmosferę; historia jest naprawdę ciekawa, a dylematy moralne (choć nie tak głębokie jak w serii matce) bardzo realistyczne. Ale wystarczy już. Moim zdaniem po TWD seria powinna się zakończyć. „Michonne” to odgrzewany kotlet. Ta sama „kreska”, niemal ta sama mechanika rozgrywki… Wydaje mi się, że fani nieco wymusili powstanie tej gry.



Obrazek


Sterowanie jest intuicyjne. Podczas walk sterujemy klawiszami Q oraz E, jak i klawiszami kierunkowymi. Z nowości od czasu do czasu wystrzelimy jakąś kulkę z pistoletu, używając „celowniczka” (celownik to za duże słowo). Tryb walki jest tak prosty, że trzeba postarać się, żeby umrzeć i gdyby nie tematyka gry, powiedziałabym, że robiony jest pod dziecięcego odbiorcę. Tu wciśnij to, a teraz tamto…

Ponadto od czasu do czasu ostrzmy maczetę, czołgamy się, wychylamy. Łazikujemy po chałupie (grając w trzeci epizod czułam się, jakbym grała w The Sims) i generalnie mówiąc, od czasu do czasu miałam wrażenie, że jest to „symulator Michonne”.

W rozgrywce najbardziej podobało mi się intro (piosenka Why did love put the gun in my hand oraz komiksowe grafiki), historia poboczna z dziećmi Michonne w roli głównej, przypalanie żywcem, wędrówka pośród zombie i kilka dylematów moralnych. Nie brakło humoru, ale i z nim nie przesadzono. Pojawiło się też kilka głębszych myśli bohaterów np.: „Nie ma nieba ani piekła. Jest tylko tO gówniane dzisiaj i będzie trwać aż do chwili, w której umrzesz”.



Obrazek


Choć momentami rozgrywka nużyła, bo była bardziej filmem niż grą, to każdy kolejny epizod wciągał coraz bardziej. Kilka pomniejszych postaci (szczególnie dziecięcych) zaskoczyło mnie pozytywnie voice actingiem. Samo zakończenie bez fajerwerków, choć ostatnia decyzja do podjęcia stanowiła nie lada wyzwanie.

The Walking Dead: Michonne to powtórka z rozrywki, jednak o półkę, a nawet dwie niżej niż pierwsza seria gier TWD. Pomimo, że podsumowałabym tę grę jako „to już było”, to bawiłam się dobrze i nie żałuję tych trzech godzin zabawy. Mimo wszystko, jeśli Telltale stworzy kolejną grę z serii TWD, to jej nie kupię. Nie jestem zwolenniczką ustawicznego déjà vu.