piątek, 6 stycznia 2017

GRAVEN: The Purple Moon Prophecy

Nie lubię bajerować, toteż zgodnie z prawdą przyznam, że dotąd szerokim łukiem omijałam produkcje HOPA. Hidden Objects w jakie kiedykolwiek grałam rozczarowywały mnie brakiem pomysłu oraz ciągnącą się jak flaki w oleju akcją. Najwyraźniej albo trafiałam na kiepskie produkcje, albo nie zdołałam dokopać się do tych naprawdę dobrych, które mogłyby zmienić moje nastawienie do nich. Graven: The Purple Moon Prophecy zmieniło. I chwała jej za to.


Magiczna gra o magii

Pewnego dnia Liz dostaje tajemnicze dokumenty od nieznanego jej mężczyzny. Michael, bo tak mu na imię prosi ją o przyjazd do francuskiej Bretanii. Wszystko dlatego, że Bretania to miejsce narodzenia się druidyzmu i tam prawdopodobnie także znajdują się cenne menhiry żywiołów uprzednio należące właśnie do druidów. Liz (której natura bądź twórcy poskąpili urody) przyjeżdża do Bretanii taksówką, a kierowca niczym wyciągnięty z powieści Brama Stokera lub Lovecrafta mówi bohaterce, że miasto zostało opuszczone, a ci którzy pozostali są… dziwni. Kiedy Liz pojawia się już w umówionym miejscu, Michael okazuje się być opętanym przez demona oszustem. Cała historia ma jeszcze drugie dno. Istnieje bowiem pewne proroctwo, które mówi:

„Gdy kometa ukryje się w cieniu księżyca, a niebo obróci się w szkarłat, pęta zostaną zerwane, a demon uwolniony. Chaos i groza po raz kolejny zawładną światem.”


Znalezione gazety czy listy zagłębiają nas w fabułę jeszcze bardziej
Nasza bohaterka przeżyje serie perypetii prowadzących do pokrzyżowania planów demona. Problem tylko w tym, że kometa jaśnieje już majestatycznie na tle ciemnego nieba i zbliża się niebezpiecznie w stronę księżyca. Do zaćmienia pozostało 7 godzin. I tyle faktycznie trwa przejście gry.


Niby klasyczna HOPA, ale za to jaka!

Polskie studio Orchid Games zadbało chyba o wszystko z wyjątkiem prezencji facjat oraz głosów bohaterów. Ale no cóż, nie każdy rodzi się piękny jak DiCaprio i ma dykcję jak komentator sportowy. Mimo wszystko aspekty te trochę rażą. Dobrze jednak, że postaci widzimy nieczęsto i słyszymy tak samo często jak widzimy. 

Gra obfituje w dopracowane cutscenki, technicznie nie odstające od większości produkcji tego typu. Trzeba docenić, że postacie mają głosy (no dobra, nie wszystkie są takie tragiczne), gdyż dużo Hidden Objectów bazuje jedynie na słowie pisanym. Logiczne mini gry mają każdorazowo dostępny przycisk pomijający zagadkę. Jest to opcja dla tych mniej cierpliwych (lub mniej myślących). Ale to dobrze, bo mamy możliwość pogłówkować lub skupić się raczej na historii. Dla każdego coś dobrego. 


Latarnia morska - jedna z najładniejszych plansz
Oprócz tradycyjnych plansz gdzie szukamy rozpisanych znajdziek, w grę zaimplementowano także znajdźki poboczne to jest rozsiane po całej grze liście jemioły. Jest ich do zebrania 80 i za chorobę nie mogłam doszukać się trzech z nich. Tak to już jest jak się jest okularnikiem i wzrok już nie ten. Znalezienie jemioły ma wpływ na przyspieszenie upływu czasu, potrzebnego aby odnowiła się bańka uprawniająca do otrzymania podpowiedzi. 

Plansz jest mniej więcej 20, ale każda z nich jest mówiąc kolokwialnie „wypasiona”. Nie ma tu plansz pustych i mimo, że już wyeksploatowaliśmy jakąś z nich może się zdarzyć, że w przyszłości coś jeszcze na niej znajdziemy – wszystkie plansze są dostępne od początku do końca gry. Zagadki są bardzo zróżnicowane: od takich co się je da rozwiązać w 2 minuty do takich, co trzeba posiedzieć dużo dłużej i ma się ochotę wcisnąć przycisk pomijający. Co ciekawe, nawet jeśli w przypływie niecierpliwości pominiemy zagadkę to osiągnięcie na Steamie i tak nam wpadnie. 

Gandalf... Eee to znaczy druid ma wyjątkowo ładną twarz

Czym czaruje Graven

Mnie oczarował chyba tematyką. Starożytne runy, ważenie magicznego eliksiru, władanie Różdżką Dominacji i wszędobylskie wrażenie obecności magii. I to nie „jakiejś tam magii” ale czarnej magii. Ta symbolika i atmosfera jednoznacznie na to wskazywała. Czaruje też muzyka, choć przyznam, że kawałków jest za mało i często się powtarzają. 

Graven: The Purple Moon Propecy to porządna HOPA, na poziomie której powinna być każda gra Hidden Object Puzzle Adventure. Nie ma tu plansz nudnych, każdy z rozdziałów jest ciekawy, a cutscenki nadają tytułowi dynamiki. Czas przejścia gry jest także racjonalny, a sama gra nie jest sztucznie rozciągnięta. Końcowa scena pozwala też nam myśleć, że w przyszłości dostaniemy kontynuację. Jeśli tylko bohaterowie będą ładniejsi, to na pewno w nią zagram :) 



+ nie nudna fabuła

+ atmosfera
+ 3 poziomy trudności
+ tematyka

- brzydkie facjaty i niekiedy słaby voiceacting


6,5/10


Data premiery: 29.09.2016


Dziękuję IQ Publishing za udostępnienie gry do recenzji.