sobota, 6 sierpnia 2016

Yesterday


Yesterday ukazało się w pierwszym kwartale 2012 roku. Fani hiszpańskiego studia Pendulo obawiali się, czy deweloperzy dotąd wydający przygodowe gry komputerowe będące raczej komediami podołają thrillerowi psychologicznemu. Uprzedzając nieco resztę recenzji mogę śmiało stwierdzić, że owszem, podołali. Jednakże trzeba dodać, że nie potrafili się powstrzymać, aby w ów thriller nie tchnąć wielu przezabawnych dialogów. Bowiem kimże byliby twórcy takich hitów jak Runaway czy The Next Big Thing bez odrobiny komizmu przelanego do rozgrywki?

Yesterday to nie tylko tytuł. Yesterday to nazwisko jednego z głównych bohaterów, którego poczynaniami przyjdzie nam kierować. Jego historia jest niezwykle fascynująca, ale i zagmatwana. Generalnie prawie do samego końca nie wiemy kim był oraz kim jest. Powiem więcej, John Yesterday sam tego nie wie.



Harcmistrz i jego cięta riposta

Zanim zaczniemy przygodę jako John, przez kilka pierwszych lokacji sterujemy dwojgiem innych bohaterów: Henrym – dzieciakiem bogatych rodziców, który udziela się charytatywnie, pomagając bezdomnym oraz Cooperem – tłustym przyjacielem Henry’ego, który nie tylko wygląda na półinteligenta, ale też nim jest. W pierwszych minutach, gdy gramy jako Henry próbujący dostać się do kryjówki bezdomnych, zostajemy przez nich pojmani. Z opresji musi wyratować nas więc nikt inny, jak elokwentny-inaczej Cooper. Przy okazji dowiadujemy się, że banda bezdomnych jest okultystyczną sektą.

Johna poznajemy w kilka lat po wydarzeniach rozpoczynających grę, jako pracownika i przyjaciela Henry’ego. Henry zdążył już przejąć firmę swego ojca – White Enterprises i dorobić się niemałego majątku. Z nieukrywanym bólem opowiada jak to John targnął się on na swe życie połykając dawkę rtęci. Mężczyzna po tejże próbie samobójczej ma jednak amnezję. Nie pamięta właściwie niczego. Kim jest, kim był, jak ma na imię. Prawdziwie ciekawa rozgrywka zaczyna się właśnie w tym momencie, gdy nasz protagonista nie bez wysiłku próbuje odzyskać swoje wspomnienia.

Sceny walk są jedynie serią zdjęć

Yesterday ma do wykonania również inną misję, zleconą mu przez samego Henry’ego Whitea. Za zadanie ma namierzyć Zakon Ciała, którego głównym guru jest „Inkwizytor” - morderca o satanistycznych zapędach. Im dalej w przygodę tym bardziej zaskakujących faktów się dowiadujemy. Prawdziwy przełom następuje w momencie gdy bohater dowiaduje się, że wcale nie zamierzał się zabić, lecz był on ofiarą morderstwa i posiada przy tym wcale nie kiepskie nadprzyrodzone moce.

Przygodzie Johna będzie towarzyszyła też czarnowłosa Pauline, która również skrywa niejedną tajemnicę, a której ojciec podobnie jak John zgłębiał tajniki satanizmu.



Gra ma naprawdę zakręconą fabułę. Dopiero po dwukrotnym jej przejściu mogę stwierdzić, iż w pełni zrozumiałam o co w tym wszystkim chodziło. Historia jest nieoczywista i zaskakująca. Charaktery postaci zostały bardzo dobrze rozrysowane. Nie są „nijakie”, każda odznacza się swoim indywidualnym temperamentem. Prócz wyrachowanych socjopatów, półinteligentów i sekciarskich degeneratów natkniemy się również na postaci przekomiczne. Kiedy John odkrywa swą przeszłość mamy do czynienia z cudacznym indywiduum – ślepym mnichem Ohlakiem. Każda rozmowa z nim jest nasycona ironią względem Johna. Drugą przezabawną postacią był harcmistrz z dziecięcych wspomnień Coopera. Jego inwektywy pod adresem Coopera niejednokrotnie wywoływały na mojej twarzy uśmiech. Humor w grze można określić jako czarny, niski, chamski, a nawet perwersyjny, czyli taki jaki lubię najbardziej.

Cała rozgrywka jest klimatyczna, choć te humorystyczne przerywniki nieraz ten klimat psują. Niemniej nie jest to jednak minus dla całokształtu gry. Również tło muzyczne stara się pchnąć grę w kierunku thrillera. Szkoda tylko, że kawałków muzycznych jest tak mało, bo zaledwie pięć. Każdy z nich ma jednak duszę i doskonale wpasowuje się w atmosferę. Sporym minusem jest fakt, że miejscami muzyka cichnie na wiele minut. Jest jej zdecydowanie zbyt mało. Problemy napotykamy również w momencie synchronizacji głosów bohaterów z ich ustami. Czasami mlaskają nimi dłużej niż trwa wypowiedź, bądź nagle stają się brzuchomówcami. Osoba Johna Yesterdaya została również obdarzona głosem pasującym do anemicznego wychowanka poprawczaka. Nie czułam w nim emocji. Pozostałe role zostały jednak w przeciwieństwie do Johna obsadzone znakomicie.

John Yesterday i Henry White - dwaj główni bohaterowie

Sam mechanizm rozgrywki to typowy point and click. Mamy więc lokacje w 2D, używamy niedużego ekwipunku, chodząc po lokacjach zbieramy przedmioty, łączymy je i używamy tam, gdzie trzeba. (A czasami nawet tam gdzie nie trzeba, gdyż kilkakrotnie natkniemy się na potrzebę bzdurnego łączenia przedmiotów na oślep, by pchnąć akcję do przodu).

Dobrym pomysłem było „teleportowanie się” bohatera we wskazane przez gracza miejsce. Zaoszczędziło to znacznie czasu grającemu, jednak zarazem niewątpliwie skróciło czas gry, a grę można ukończyć w niecałe 4 godziny.

Drugim pomysłowym rozwiązaniem było zastosowanie systemu podpowiedzi, który aktywował hotspoty. Tak więc w momencie utknięcia, co jakiś czas można było kliknąć ów przycisk i tym samym popchnąć rozgrywkę dalej.

Humor i ironia to największe atuty gry

O dopracowaniu produktu mogą świadczyć wszelkie kwestie związane z używaniem i znajdywaniem przedmiotów. O ile podczas ich badania brakowało mi voice actingu (klikając na przedmiot, możemy jedynie przeczytać jego opis), to trzeba przyznać, że ani razu chcąc dokonać jakiegoś bzdurnego połączenia przedmiotów nie natknęłam się na komunikat „to się nie uda”. Za każdym razem, gdy chciałam zrobić coś głupiego, zasypywały mnie ironiczne teksty ze strony gry, jak to wyjątkowo bzdurną rzecz chciałam popełnić.

Trudno mi jest jednoznacznie wypowiedzieć się o grafice gry. Pendulo postawiło jednak na sprawdzone już w ich grach komiksowe tła i postacie. Moim zdaniem zabrały one nieco powagi grze. A przecież pomysł był tak ciekawy, że gdyby doprawić go nieco inną grafiką gra z pewnością spotkałaby się z jeszcze lepszym odbiorem. Dla przykładu można wziąć choćby nieco młodsze od Yesterday Dead Synchronicity, które również oscylowało wokół kreskówkowej grafiki, a jednak gra przytłaczała psychicznie jak mało która. To co ujęło grze trochę „mocy” to również brak animowanych cutscenek. Wszelkie zwroty akcji zostały nam zaimplementowane jako nieruchome, następujące po sobie obrazki.

Niektóre tła są przepiękne... ale tylko niektóre

Rozgrywka oferuje nam też kwestie dialogowe i niekiedy możemy zdecydować, którą wybrać. Nie mają one jednak wpływu na późniejsze wydarzenia. Prawdziwą decyzję możemy podjąć na samym końcu gry, gdzie mamy do wyboru ukończenie jej jedną z trzech postaci oraz dodatkowo jedno ukryte zakończenie.

Pisząc o zakończeniu trzeba wspomnieć, że zakończenia gry po prostu nie ma. To znaczy fizycznie jak najbardziej jest, gra się kończy, jednak zostawia otwartych kilka furtek do swej kontynuacji, którą będzie Yesterday Origins. Mamy się z niej dowiedzieć jak John Yesterday posiadł swoje nieprzeciętne moce, cofniemy się w czasie do Hiszpanii z czasów inkwizycji, a w rolach głównych bohaterów zobaczymy nie tylko Johna, ale znaną już nam z pierwszej części Pauline. Yesterday Origins cechować się ma znacznie lepszą grafiką, co sprawi, że po grę z pewnością sięgnę. Jednak nie tylko grafika mnie do tego zachęca. Otóż historia Johna zainteresowała mnie do tego stopnia, że chcę poznać każdy jej szczegół.


I poznam: 29. września tego roku, kiedy to Yesterday Origins trafi na sklepowe półki.

Lęcę bo chcęęęę! ... To znaczy niekoniecznie chcę, ale już za późno.

+ humor
+ zakręcona fabuła
+ nic nie jest przewidywalne

- niekoniecznie fajna grafika
- statyczne cut scenki sprawiające wrażenie braku dynamizmu gry

7/10