czwartek, 29 grudnia 2016

Art of Murder: Sztuka Zbrodni

Pierwsza odsłona gier z serii Art of Murder to kawałek dobrego point and clicka. Jest to zdecydowanie sztandarowy przedstawiciel gatunku, gdzie rozwiązujemy zagadki, zbieramy przeróżne rzeczy, rozmawiamy z napotkanymi postaciami i musimy wykazać się logiką. Gra ma już 9 lat, a ja muszę przyznać, że brakuje mi takich właśnie przygodówek. Nieprzekombinowanych, z prostą historią, wyważonymi zagadkami i bez udziwnień w mechanice. Zostało mi powzdychać i od czasu do czasu zagrać w takie właśnie klasyki, aby zresetować swój przesiąknięty gamingową akcją głowę.


Agentka Bonnet

Bonnet. Nicole Bonnet (bo tak nazywa się nasza bohaterka) to mówiąc wprost świeżak w szeregach Amerykańskiego FBI. W dniu, w którym zostaje przydzielona jako partnerka dla agenta Jamesa, jest świadkiem, jak ten zostaje zastrzelony. Pragnie pomścić tę śmierć i samodzielnie odkryć, kto za tym stoi. Jednak jej szef od razu przydziela Nicole nowego partnera – Nicka i podsuwa im sprawę pewnego seryjnego mordercy.

Seryjny Morderca

Seryjny morderca, to taki koleś który morduje. I to na serio. Ten, który czai się w Art. Of Murder lubuje się w wycinaniu serc swoim ofiarom, a przy ich ciałach zostawia swoisty podpis: starą hiszpańską monetę z XVI wieku. Tropy wiodą początkowo w stronę sekty bądź tajemniczych rytuałów, by z czasem odkryć zupełnie inny motyw zabójstw.

Motyw zabójstw

Wszelkie poszlaki mówią nam o tym, że dotychczasowe ofiary seryjnego mordercy miały ze sobą coś wspólnego. Wszyscy mieli uczestniczyć w akademickiej wyprawie do amazońskiej dżungli. Wówczas to, jedna z osób zapragnęła przeszmuglować nieco kosztowności do Stanów. Nie wszyscy członkowie wyprawy byli zgodni co do tego przedsięwzięcia. Cała historia jest o wiele bardziej zawiła i wielowątkowa. Do tego nawet stopnia, że do końca nie wiadomo, kto jest mordercą. Samo zakończenie też niesamowicie zaskakuje, mimo że za szybko się kończy. (Zakończenie za szybko się kończy – mam nadzieję, że wiecie co mam na myśli).


Co agent FBI robi w czasie pracy

Jako Nicole będziemy odwiedzać miejsca zbrodni (a będzie ich kilka), przebywać w bibliotekach i muzeach celem uzupełnienia niezbędnych dla śledztwa informacji, wyciągać wiadomości od podejrzanych oraz analizować próbki krwi bądź innych substancji w laboratorium. Swoją drogą system ten bardzo kojarzył mi się z popularna niegdyś serią przygodówek CSI. Od czasu do czasu przyjdzie nam też poszperać w osobistym komputerze agentki, bądź skorzystać z palmtopa (czy ktoś w tych czasach jeszcze wie o czym mowa?). W trakcie gry kilkakrotnie będziemy musieli gdzieś zadzwonić, sami także dostaniemy kilka połączeń oraz SMSów. Prócz lokacji takich jak biuro FBI czy wymienione wcześniej miejsca, wybierzemy się również do puszczy amazońskiej, która to jest szczególnie klimatyczną częścią gry.

Stara ale jara

No dobrze, może miłośników świszczących kul nie podjara, ale osoby, które z przygodówkami bawią się od lat, Art of Murder jest czymś wyjątkowym. Bohaterka znajdując przedmioty porozrzucane po lokacjach komentuje je na głos (niestety w języku angielskim, choć tytuł jest dziełem Polaków); dostajemy kilka ładnych cutscenek; między lokacjami poruszamy się za pomocą mapy umieszczonej w samochodzie; tła są dopracowane, i cieszą takie drobnostki, jak odgłosy ruchu ulicznego z oddali. Gra nie jest również przegadana, dialogi są ograniczone do minimum – do istotnych faktów. Podobało mi się również, że lokacja nie wypuściła nas aż do momentu, w którym wszystko w niej już zrobiliśmy. Nie fajne było jednak, że Nicole często mówiła, co należy zrobić następnie np. „ok, teraz wracam do muzeum”.


Nie tylko ochy i achy

Minusów można niestety również znaleźć w grze więcej. Pierwszym mnie rażącym był fakt, że w grze można dwa razy zginąć. Na szczęście gra sama tworzy zapis, zanim przystąpimy do zagrażającej życiu zagadki. Jedna z nich jest dodatkowo czasówką, do których nie mam nerwów. Twórcy mogli również zrezygnować z poruszania ustami bohaterów. Bonett memla coś ozorem, ale nigdy w takt wypowiadanych słów. Okropne. Brakuje też przejścia do kolejnej lokacji po dwukliku. Czasami trzeba czekać kilka długich sekund (no cóż, ja też mam mało czasu, nie tylko Wy) aż Nicole przejdzie całą planszę, aby pojawić się na kolejnej. Boli mnie też serce gdy tylko pomyślę o wersji polskiej. Napisy bardzo często nie zgadzają się z oryginalną angielską wersją. Dla zobrazowania gdy Nicole mówi „Nie jestem upoważniona do tego, aby o tym mówić” sekwencja ta została przetłumaczona na „Niewiele wiadomo”. Facepalm to za mało.


Jak dla mnie Art of Murder przeszło próbę czasu. Choć miło jest zobaczyć w jaki sposób dzisiejsze przygodówki ulegają unowocześnianiu, to czasami mam wrażenie, że co za dużo kombinacji to niezdrowo. Dobrze jest wrócić do klasyki gatunku, gdzie wie się po prostu co kliknąć i jak grać. Ale może to też kwestia tego, że z wiekiem zamykam się na innowacje. Przecież niejeden z nas uważa, że to co było kiedyś było lepsze. Ale równie prawdopodobne jest to, że to jedynie sprawka nostalgii. Czyż i nie ja dziwię się tym, którzy mają radość z grania w gry retro nazywając wszelkie FPSy rozrywką dla gimbazy? Co kraj to obyczaj, a o gustach się nie dyskutuje. I dobrze. Dobrze też, że przede mną jeszcze dwie kolejne odsłony Art of Murder.

+ klasyka gatunku w najlepszym wydaniu
+ nieprzekombinowana historia
+ nastrajająca grozą muzyka
+ wystarczająca ilość znajdziek
+ nieprzegadana
+ zaskakujący koniec

- brak synchro ust z wypowiedziami
- czasówki

8/10

Data premiery: 01.12.2007