czwartek, 22 grudnia 2016

The Walking Dead: A New Frontier

Serii The Walking Dead od Telltale Games nie trzeba przedstawiać. Od momentu, gdy w roku 2012 na świat wydany został pierwszy sezon tej epizodycznej przygodówki, gamingowy świat zmienił się nie do poznania. Mimo, że już wcześniej w innych tytułach niektórzy producenci próbowali wpleść do gier system wyborów moralnych, nigdy nie poniosło się to takim echem jak w przypadku The Walking Dead.

Obawy, obawy i… koniec obaw

Przyznam szczerze, że produkcje Telltale nie są równe. Próbowałam na przykład ugryźć Tales from the Borderlands, ale zupełnie mi to nie podeszło. Podobnie z resztą miała się rzecz z The Walking Dead: Michonne, a nawet z The Walking Dead: 400 Days. Wszystkie te produkcje pozostawiły we mnie niesmak. Dlatego też bałam się, co przyniesie sezon trzeci. Czy znów powieli schematy poprzedniczek i tym samym zanudzi nas na śmierć? Czy będzie totalną zrzynką z cudownych pierwszych dwóch sezonów? Bałam się, że gra ta będzie niewypałem. Scenariusze były bowiem dwa: albo Telltale zrobi to co zawsze, a wtedy seria TWD umrze śmiercią naturalną, albo postarają się o coś WOW i zachowają twarz. Nie wiem jak Wy, ale ja zrobiłam WOW kilkakrotnie i uważam, że na A New Frontier opłacało się czekać.

Generator historii

Tak jak obiecywali twórcy na kilka dni przed premierą, obecna odsłona TWD dostała generator historii. Zanim więc przejdziemy do pozbawiania głów zombiaków, musimy ustalić czy chcemy rozpocząć nową historię z czystą kartą czy też odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących naszych decyzji z poprzednich sezonów. Ma to na celu wykreować charakter starszej już o 4 lata Clementine. No cóż, moja Clementine charakterek zdecydowanie miała. W trakcie rozgrywki cisnęło mi się na usta tylko: Clem – the Rambo 2.0.

Tak właśnie wyglądało moje ukończenie sezonu drugiego według Generatora Historii. Potwierdzam.

Taka sama, a jednak inna

Premiera najnowszego sezonu to tym razem nie jeden, a dwa epizody na raz (ma ich być tradycyjnie pięć). Przejście ich obu zajmuje mniej niż 2,5 godziny, nawet jeśli eksplorujemy maksymalnie grę (to jest zaglądamy w każdy kąt). Grafika to w zasadzie bez zmian komiksowa oprawa, a zasady mechaniki także nie różnią się niczym od poprzednich odsłon. Atakujemy zombiaki przyciskami Q oraz E, od czasu do czasu trzeba zrobić jakiś unik – nic nowego. Przy tym wszystkim miałam wrażenie, że gra jest jeszcze łatwiejsza niż ostatnio. Nie zginęłam ani razu. Mniej jest też samej eksploracji, a więcej strzelania. Twórcy na pewno nie postawili tu na trudność. Postawili za to na styl hollywoodzki. Pierwszy epizod zanim na dobre się zacznie, jest 15 minutowym efektownym filmem, który jednak wciąga i się nie nudzi. Studio znane jest też z zaskakiwania nieprzewidywalnymi zwrotami akcji. Tak też jest i tym razem. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że mindblow w wielu sytuacjach jest jeszcze bardziej paraliżujący niż dotąd. Nowością jest kilkukrotne wplecenie migawek z przeszłości zarówno Clementine jak i Javiera.

Another one bites the dust!

Początek

Nie, nie rozpoczniemy gry jako Clementine i nią też nie będziemy kierować w trakcie gry. Dostaniemy za to Javiera i jego smutną historię. Przybywa on do swego domu rodzinnego akurat w momencie, gdy umiera ojciec. Jego brat ma mu za złe, że Javier pojawił się niewidziany przez nikogo od roku i na dodatek nie zdążył pożegnać się z ojcem. Rozpoczyna się pełna emocji walka braci i już wtedy zapadają nasze pierwsze decyzje. Finalnie, w wyniku zombiegeddonu Javier zostaje na polu bitwy sam ze swoją bratową oraz dwójką jej dzieci. Kate – bo tak na imię miała bratowa Javiera, od pierwszych minut nie zaskarbiła sobie mojej sympatii i od razu wiedziałam, że jeśli nadarzy się tylko okazja do podjęcia decyzji o jej życiu, to pozwolę jej umrzeć.

Kiedy grupa próbuje osiedlić się w jednym z opuszczonych domów zostaje napadnięta przez kolesi z bandy o wdzięcznej nazwie The New Frontier. Javi zostaje porwany, a wtedy z odsieczą przybywa mu Clementine. Już nie ta sama, mała i nieporadna, ale dzika, niesforna i przebiegła. Taką lubię chyba trochę mniej, jednak jest z pewnością dużo ciekawszą osobowością niż dotąd.

Muortos! Muortos everywhere!

W świecie Kirkmana mamy mieszankę etniczną, a w serialowym świecie Fear the Walking Dead bohaterów niemal ograniczono do latynoamerykańskich. Podobnie jest w omawianej odsłonie gry. Rodzina głównych bohaterów to właśnie latynosi, którzy dość często mówią po hiszpańsku. Ich gorący temperament prowadzi także do zwiększenia ilości możliwych relacji miłosnych. Powiedziałabym, że temat ten poruszany jest zbyt często, ale co się dziwić – miłość zawsze budziła sprzeczne emocje i TWD dobrze tym manipuluje. Nie wszystkie postaci są ciekawie narysowane, jednak główny bohater jakim jest Javier dał mi się polubić. Nie jest ani nieporadny, ani głupi (jak wiele innych postaci w historii TWD). Dobrze też, że nie możemy kierować Clementine. Niektórzy zapewne się oburzą. Na swą obronę mam do powiedzenia: Clementine odgrywa wystarczająco dużą rolę w A New Frontier, a fakt, że nie jest postacią grywalną sprawia, że jest ciekawsza. Tak, dobrze przeczytaliście – ciekawsza. Teraz to nie my decydujemy co robi Clem, może ona wreszcie być sobą i kierować swoimi poczynaniami.

Po Clementine widać, ile w życiu przeszła

Chyba widziałam… Jezusa

Nie, to nie było cudowne objawienie w trakcie grania, a najprawdziwszy Jezus. No dobra, to znaczy znany fanom komiksu oraz serialu długowłosy, jezusopodony Paul. Absolutny hit A New Frontier. Jakby dorzucić jeszcze Negana… No dobrze, koniec tych marzeń. Nawet jeśli Jezus został wrzucony w scenariusz gry tylko po to, aby ta lepiej się sprzedała, to trudno. Tak czy siak – podoba mi się ten pomysł. Jako zwolenniczka Jezusa, uważam, że Jezusa nigdy nie za dużo (choć na ekranie telewizora jest go stanowczo za mało). Podczas pierwszego spotkania z nim mamy możliwość związania go, bądź bezkrytycznego zaufania i pozostawienia niespętanym. Widać jak bardzo serial przełożył się na reakcje graczy gdyż w ekranie podsumowującym decyzje z epizodu wyraźnie widać, że przytłaczająca większość graczy od razu zaufała Jezusowi (jest on przecież w serialu postacią pozytywną). Ciekawi mnie jak dużą rolę odegra w kolejnych epizodach.


Oh Shit! – nominowane do najczęstszej linii dialogowej, czyli trochę o scenariuszu

Bez dwóch zdań, obecny scenariusz jest najlepszym w dziejach The Walking Dead od Telltale. Podpisuję się pod tym zdaniem własną krwią. (Albo lepiej nie, bo się zombiaki zlecą jak wyczują). A zakończenie drugiego epizodu to już czysta poezja wywołująca odrętwienie i wołanie do monitora What the fuck? Tak, Telltale Games byli i są w tym najlepsi. Jeśli kolejne trzy epizody utrzymają ten poziom to będzie bardzo dobrze. Jak widać, moje obawy o to, że dostaniemy odgrzanego kotleta nie sprawdziły się. Widać, że twórcy mają jeszcze parę asów w rękawie, aby rozgrywka nie stała się mechaniczna i powtarzalna. Bowiem z każdym nowym odcinkiem TWD oczekiwania graczy rosną, a jak wszyscy wiemy gracze (to jest my) w osądzaniu są bezlitośni.


8,5/10