piątek, 10 czerwca 2016

Sherlock Holmes: The Devil's Daughter

My: fani, zwolennicy i obsesyjnie miłujący (to o mnie) postać Sherlocka Holmesa czekaliśmy na kolejną odsłonę gier sygnowanych jego nazwiskiem dwa żałośnie długie lata. I oto jest - Sherlock Holmes: The Devil's Daughter.

Najczęściej zadawanym pytaniem odnośnie gry było: jak bardzo inna będzie ta gra od Testamentu Sherlocka Holmesa czy Zbrodni i Kary? Odpowiedź brzmi: nie bardzo. Nie poczytuję tego jednak jako wadę, bowiem gra została od czasów „Zbrodni i Kary” mocno rozbudowana. Niestety dla fanów klasycznych przygodówek, rozbudowanie to oznacza elemeny rozgrywki takie jak czasówki czy zręcznościówki. Wszelkie te „dobrodziejstwa” można co ciekawe, pominąć. Tak samo jak elementy logiczne. Przyjdzie nam więc zmierzyć się z rozwiązywaniem zagadek typowych dla point and clicków, ale też rozegramy bijatykę, czeka nas strzelanina, będziemy skradać się czy też balansować na linie. I podkreślę raz jeszcze: wszystko to można pominąć magicznym klawiszem spacja. Czy jest to dobre rozwiązanie? Nie mnie oceniać. Ilu graczy, tyle opinii. W każdym razie osoby, które wolą skupić się na samej fabule i nie chcą na wiele godzin utknąć przy zadaniu logicznym, będą zadowolone. Sprawę trzeba też postawić jasno: gra znów jest prosta. Daje satysfakcję, jednak dla miłośników myślenia „aż czacha dymi” Devil’s Daughter może być rozczarowujące. Jedno jest pewne: czasy Holmesa jako typowej gry point and click przeminęły bezpowrotnie.



Uruchomiwszy ekran startowy siedziałam przed nim chyba minutę, bojąc się, co przyniosą pierwsze minuty gry. Ale nie rozczarowały mnie. Generalnie czar trwał przez całą rozgrywkę. Jak każda gra, Devil’s Daughter ma „skoki” akcji. Ale jest jej zdecydowanie więcej niż momentów monotonnych. Generalnie tylko raz gra doprowadziła mnie do znudzenia, a dodam że była to też późna już godzina. Większość fabuły wciąga i sprawia, że minuty przed monitorem mijają w zawrotnym tempie.

Jude Law, ekhem... John Watson
Historia pochłania nas już od samego początku, gdy widzimy że Holmes ucieka przed nieznanym wrogiem, który chce go zastrzelić. Wtedy już możemy wyrobić sobie zdanie o tym, jak gra prezentuje się graficznie. Można czepiać się, że Holmes znów nie odpowiada „holmesowskim” standardom urody oraz że Watson przeszedł operację plastyczną i wygląda jak Jude Law. Mimo to sposób w jaki przedstawiono zarówno tła jak i detale nie pozostawia nic do życzenia. Lokacje są miłe dla oka tak dalece, jak miły może być sam Londyn tamtych czasów. I tu, wyłania nam się kolejna sprawa: ów Londyn już nie straszy. Nie ma wszędobylskiej zgnilizny i poczucia zagrożenia, które tak podobało mi się w Kubie Rozpruwaczu. Ulice są bardziej słoneczne i mimo, że przechodnie to standardowo pijaczki i panie lekkich obyczajów, to spacerując, nie czułam pożądanej atmosfery grozy.

Miłośnik zwierząt? Niekoniecznie...

Odnośnie samych ulic, jako duży plus warto wskazać fakt, iż świat Londynu jest znacznie bardziej otwarty. Mnie jednak nie na wiele się to przydało, gdyż między lokacjami poruszałam się za pomocą skrótów na mapie. Dla graczy lubiących eksplorację, jest to jednak dobre urozmaicenie. Zważywszy szczególnie, iż przechodnie zdają się żyć własnym życiem. Rozmawiają między sobą, a co więcej – mają coś interesującego do powiedzenia. Można przystanąć i podsłuchać co komu w duszy gra. Ulice te tętnią życiem. W ogóle pierwsze moje wyjście z mieszkania Holmesa na ulicę było niesamowite. Mnogość głosów, muzyka ulicy. Świetna sprawa. Ale to trzeba przeżyć samemu. Nie natknęłam się też nigdy na to, żeby usłyszeć dwukrotnie tę samą kwestię z ust innego mieszkańca Londynu.

Pisząc o kwestii udźwiękowienia muszę przyznać, że choć voice acting bohaterów oceniam na pięć z plusem, to sam głos Holmesa do bohatera nie pasował. Nie miał głębi, jak w poprzednich odsłonach. Nie pasujący Sherlockowi ton można było jednak przełknąć. Tyle dobrze, że aktor użyczający głosu potrafił oddać emocje. Całość tła muzycznego określić można jako: muzyka jest. Nie rzuca na kolana, ale jest dopasowana do konkretnych sytuacji. Podczas pościgów i gdy mamy do czynienia z fabułą pełną adrenaliny, muzyka sama w sobie adrenalinę tę podnosi. Tak samo w miejscach ponurych, wszelkich piwnicach i kryjówkach rabusiów – tło muzyczne zaczyna jakby „ożywać”.

Co tak sam łoisz? Dajże łyka!

Do rozwiązania mamy 4 sprawy (plus dodatkowa mini-sprawa poruszająca problem zawarty w tytule gry). Rozwiązanie wszystkich zajęło mi 12 godzin. Tak więc długość gry mnie nie rozczarowała. Grając nasunęła mi się myśl, że inny producent najpewniej zrobiłby z Holmesa grę epizodyczną, gdyż już niejednokrotnie mieliśmy szansę przechodzić epizody dwugodzinne, a nawet krótsze. Na szczęście Frogwares wykazał się przyzwoitością i tak się nie stało. Pomimo 12 godzin gry, ta nie zmęczyła mnie, a zaznaczam, że jestem zwolenniczką maksymalnie 8-godzinnej rozgrywki. Więcej – delektowałam się każdą niemal minutą i chciałam by gra trwała jak najdłużej.

Rozgrywka. Mechanika nie odstępuje poprzedniczce. Znów mamy panel dedukcyjny, odgadywanie portretów postaci, w notesie znajdziemy zadania, mapę, dowody i dokumentację czyli – standard. Po raz kolejny bawimy się w przebieranki, strojąc Holmesa niczym w Simsach. Po raz kolejny używamy naszego pieska: Toby’ego w jednej ze spraw. (Choć nie powiem – ucieszyłam się gdy po raz pierwszy zobaczyłam zwierzaka). Znów możemy wybrać pomiędzy widokiem zza pleców Sherlocka oraz widokiem z perspektywy pierwszej osoby.

Już słyszę kobiece westchnienia... Ach ten Holmes...

Z nowości pojawiła się nazwijmy to „supermoc” bohatera. Wciskając klawisz T w wyznaczonych momentach, dostrzegamy to, czego nikt poza Holmesem nie potrafiłby ujrzeć. Wciskając z kolei klawisz F używamy narzędzia „Wyobraźnia”, które pomaga nam na odtworzeniu pewnych scen, np. sceny zbrodni. Z tym również spotkaliśmy się już w Kubie Rozpruwaczu. Tu jednak jest to system bardziej dopracowany.

Generalnie widać progres gry, jej wyższy „level”.  Podobało mi się również, że gdy w danym miejscu odkryliśmy już wszystko co było do odkrycia, ikona obszaru zmieniała kolor na zielony. Było to pomocne, aby utknąwszy w grze, nie powracać setki razy w to samo miejsce. Żadnych przedmiotów będących w naszym ekwipunku nie musimy ze sobą łączyć. Nawet nie musimy się szczególnie głowić, aby ich używać. Gra polega na tym, że jeżeli mamy pewien przedmiot, np. klucz i staniemy przed drzwiami wymagającymi klucza, to Holmes automatycznie tychże kluczy użyje.

Holmes! Odłóż tę broń, bo sobie krzywdę zrobisz!

Wszelkie nowe urozmaicenia kojarzyły mi się z tymi z serii Telltale. Ale tak to już jest, gdy w klasyczną dotąd przygodówkę point and click przemycane są elementy zręcznościowe. Ważne jest, że na samym początku gry ustalamy jej poziom trudności. Gdy chcemy się zmierzyć z wersją trudniejszą, nie będą ukazywały się nam np. hotspoty. Warto też dodać, że za wszelkie elementy gry, które ominiemy wciskając spację nie otrzymamy osiągnięć na Steamie.

Poświęcę akapit samemu Holmesowi, bo jest o czym pisać. W tej odsłonie, Holmes nie jest typowym bohaterem wyjętym z książek A.C. Doyle’a. I znów: dla niektórych może być to minusem. Zanim jednak ktoś wyrobi sobie o tym zdanie, pragnę zaznaczyć, że sama jestem ogromną fanką tego właśnie Doylowskiego Sherlocka. Mimo to, bohater którego zafundowali nam producenci z Frogwares przypadł mi niezmiernie do gustu. Zwłaszcza podczas jego interakcji z własną córką. Był taki bezradny, aż autentycznie gracz mu współczuł. Kochający Holmes to też coś, czego wcześniej się nie spodziewałam. A jednak jak się chce, to można.

Lestrade jak zawsze pełen sympatii i entuzjazmu

Chciałabym też zauważyć, że producenci nareszcie zatrudnili ludzi z poczuciem humoru. Devil’s Daughter ma w sobie humor, który uwielbiam. Postać aktora - Orsona Wilde’a, którą spotykamy w trzeciej sprawie i jego interakcje z Holmesem wywoływały we mnie nieustanne wybuchy śmiechu. To samo podczas przeprowadzania „egzorcyzmów”.

W grze popracowano też nad optymalizacją, a jest ona zauważanie lepsza względem poprzedniczki. Wówczas przycinaniu ulegały nawet ekrany ładowania. Element ten musiał sprawiać problem również innym odbiorcom, gdyż obecnie w ekranach ładowania ponownie zastosowano stałe tło graficzne.

A nie lepiej byłoby kulturalnie zapukać?

Podsumowując, Sherlock Holmes: The Devil's Daughter to niemal kopia Crimes and Punishments, okraszona jednak lepszą grafiką i mechaniką. Jeśli więc „Testament” jak i "Zbrodnia" przypadły komuś do gustu, polecam ze szczerym sercem sięgnąć po następczynię jaką jest „córka diabła”.

+ dedukcje nie są łatwe i dostarczają rozrywki i satysfakcji
+ w każdej kolejnej odsłonie ulepszano panel dedukcji, aż w końcu osiągnął swe wyżyny
+ humor
+ długość

+/- możliwość pomijania elementów logicznych i zręcznościowych

- zabawy z wytrychami
- mało Watsona, został potraktowany po macoszemu

Co czyta Holmes przed snem?

Satysfakcja z gry: jest i to duża
Warta wydanych pieniędzy: tak
Dla kogo: na pewno dla fanów genialnego detektywa



8,5/10